Powiedzieć: „Nie będę wolny, dopóki wszyscy ludzie (albo wszystkie istoty czujące) nie będą wolne”, to zwyczajnie zakopać się w jakimś nirwanowym stuporze, to zrzec się naszego człowieczeństwa, to powiedzieć, że wszyscy jesteśmy loserami.

Hakim Bey – Tymczasowa Strefa Autonomiczna

Janusz wstał. Miał jakiś sen, ale nie potrafił go sobie przypomnieć, co najwyżej jakieś oniryczne odpady z mózgowej taśmy. Nic istotnego. Nic mistycznego. Nic. Jego twarz zazwyczaj wyglądała jak źle dopasowana maska, która próbuje coś zakryć jednak teraz ta maska była obluzowana jak pandemiczne restrykcje w kartonowym świecie 3D w którym Janusz pracował, jadł i spał. To są trzy główne rzeczy, które Janusz zazwyczaj robił dzień w dzień. Janusz miał już swoje lata, których suma nie doprowadziła go do żadnego szczególnego miejsca, po prostu żył jak wszyscy. W jego małym mieszkaniu nie było niczego specjalnego, wszystko było zwykłe jak zazwyczaj w takich mieszkaniach. Łóżko, szafa, stół, lampa, kuchnia gazowa, stół, szafki wiszące i stojące, gazeta, kubek, okulary, komputer, telewizor i radio. Żadnego prawdziwego punktu zaczepienia. Odnośnika.

Nic.

Janusz był produktem w świecie produktów, towarem w świecie towarów. Wymianą handlową. Stał bezradny pośrodku nijakiego pokoju w nijakim szarym bloku nijakiego miasta, gdzieś w otchłani kosmosu i wkładał przez głowę nijaki podkoszulek, aż do pewnego stopnia się tym zmęczył. Później poszedł do łazienki i popatrzył w lustro. Oczy patrzyły obojętnie. Nic naprawdę godnego uwagi. Woda z chlorem, pasta z wapnem, zęby z plombami, zielona szczoteczka z napisem oral. Ruch kolisty, splunięcie. Prysznic, mycie umierającego ciała żółtą gąbką i mydłem rumiankowym. Janusz był tak znużony tą bezbarwnością swojej zaprogramowanej egzystencji, że gdzieś nagle coś się w nim przebudziło wtedy pod tym prysznicem, nikt i on sam nie wie jak do tego doszło, jak to się stało. Jednak stało się.

Stało i się nie odstanie.

Może coś było w mydle rumiankowym. Jakiś dziwny składnik. Może nagle stał się wariatem i zwariował nagle. Nikt w tej sprawie nic nie wie, choć wszyscy niby teraz są takimi ekspertami od wszystkiego. Jednak w sprawie Janusza milczą, nabrali rumiankowej wody w usta. Janusz zaczął się śmiać, śmiechem tak bezwstydnym, tak wolnym, tak kurewsko nieziemskim. Śmiał się z Tego Wszystkiego, bo to wszystko jest śmieszne kiedy widzisz, czujesz i rozumiesz tak jak Przebudzony Janusz.

Świat eksplodował kolorem, feerią psychodelicznych kwantowych fantomów tworzących bajeczne wzory mozaiki i mandale. Wszystko było wstrząsająco żywe, każdy jeden atom pulsował iskrzącą energią czymś nie z tego mechanicznego świata. Janusz widział te odpadające kable, które jeszcze przed chwilą były powpinane w jego stare szare ciało, które teraz było czymś tak pięknym, tak niewinnym, dostojnym i pełnym mądrości i ekstazy, że po prostu szok. Szok! Życie wróciło! Cudownie nieskończone, pełne dzikiej nigdy nieokiełznanej Mocy, która została tak chamsko odcięta w tak perfidny i odrażający sposób. Nie pamiętał kim był, bo był nikim w nigdzie jak martwe mięso. Żadnych wspomnień, jedynie program. Cyfry, linijki automatycznego kodu, z którego uczyniono wszystko to co sztuczne i pozbawione życia. Wytwory ludzkiego zniewolenia. Program Maszyn.

Nie mógł przestać się śmiać Tym Śmiechem. Tego dnia niespodziewanie opuścił Więzienie. Stał się wolny. I nikt nie wie jak to się stało. Nawet sam Janusz.

Nie ma żadnej nauki, recepty, świadectwa.
Jedynie kurewsko bezwstydny śmiech.

%d blogerów lubi to: