Nie można zrozumieć współczesnej cywilizacji bez przyznania, że jest to powszechny spisek przeciw wszelkim objawom życia wewnętrznego.

Georges Bernanos

W pewnym sensie żyjąc w tym sterylnym biurokratycznym „nowoczesnym” świecie zachodzącego słońca wszyscy jesteśmy uchodźcami skazanymi na tułaczkę po coraz bardziej jałowej pustyni wśród metalicznego pejzażu smutnych brył, ulanych betonem nieruchomych rzek po których płyną nigdy nie kończące się karawany, gdzie coraz mniej jest życia i coraz więcej zaprogramowanego zapętlenia tych wszystkich niezliczonych sygnałów. Rodzimy się w Maszynie, w bebechach wiecznie głodnego Lewiatana, który nas wypluwa w świat by znów nas pożreć. Mamy chwilę czasu na wzrost, na orientację, na próbę ucieczki. Na te wszystkie nieskończone zmagania, bowiem wydaje się nam że coś możemy osiągnąć, szukamy miłości, wolności, spokoju, ekstazy – szukamy życia, które pulsuje tajemnicą, iskrzy wyzwaniem, przygodą. W zachwyconej, upojonej młodości smukłych i przebudzonych ciał, które pożądają i są pożądane odkrywamy coś co jest poza słowami, poza układem – stan bliski boga jeżeli można tak powiedzieć.

To światło, które w nas jest wciąż jest tak silne i pulsujące otwiera niezliczone przejścia w tym labiryncie, komnaty pełne skarbów, ukryte zakamarki inspiracji i krótkich niczym spięcie uniesień, ożywia instynkt, który czasem staje się naszym aniołem i potrafi ukazać nam ukryte w programie szczeliny, które zawsze są wewnątrz nigdy na zewnątrz, bowiem to co widzimy, słyszymy, smakujemy, dotykamy, wąchamy, czujemy i myślimy swoje źródło ma w nas, w naszej tak zwanej świadomości, niczym wielki rzutnik zdolny wyświetlać wszechświat. Dlatego tylko pozornie żyjemy w tym samym świecie, tylko pozornie możemy być jednomyślni, pozornie możemy się zgodzić. Czym mniej jest człowieka w świecie tym bardziej żyje w sobie stając się kimś kogo coraz trudniej namierzyć ponieważ jest człowiekiem peryferii, który ceni świętą przestrzeń, która z natury jest intymna i hermetyczna. Ta natarczywa i hałaśliwa kultura igrzyska i spektaklu jest zaoranym polem zasianym jednolitym zmodyfikowanym ziarnem na którym jest hodowana masa, która żyje tylko raz i taki ma stan umysłów. Po wszystkim nic z tego nie zostanie, zmodyfikowane nasiona są jednorazowe i bezpłodne, istnieją tylko dla żniw, są odporne na wszelkie wpływy, na subtelne ruchy planet, niewidzialne pola informacji, ukryte pod progiem świadomości przekazy.

IGRZYSKA ŚMIERCI >> 
ELIZJUM >>
ERUPCJA KRYZYSU UCHODŹCZEGO >>  
AFGANISTAN – CIA, OPIUM I ROZPACZ >>
EKSPLOATACYJNE ZDJĘCIA WOJSKOWYCH NAJEŹDŹCÓW Z AFGAŃSKIMI DZIEĆMI >>

Są formatem. Zasiewem pokarmu. Paszą dla Molocha. Zauroczeni igrzyskiem, upojeni hipnotycznym transem tej monotonnej muzyki pozbawionej piękna, która jest niczym innym jak jedynie programem nawigującym neuronami zniewolonego mózgu. Nie rodzisz się z duszą, to dusza się rodzi w tobie, kiedy ją usłyszysz w tej otchłani i otworzysz przejście, zachowasz połączenie. Tylko to się liczy reszta jest mięsem rzuconym na pożarcie jak ochłap. Potrzeba ciszy i tajemnicy, potrzeba intymności, tego wszystkiego czego ten rozgorączkowany świat roztańczonych upiorów nie chce ci dać, nakazując przemocą ciągłą rotację w bębnie z numerami, tą absurdalną obietnicę wygranej, loterię strachu i nadziei. Masz grać przez cały czas do samego smutnego końca, później wyrzucą cię na śmietnik jak zepsutą lalkę, produkt nieludzkiej fabryki.

Możesz się przywiązać do ziemi, do narodu, do tradycji ubrać się w to wszystko, wierzyć, że to ty, jednak jest to chwilowa ulga, strój na jeden krótki bal, który prawie nigdy nie jest tym co myślisz, to rozproszone chwile, które nic nie łączy prócz tych pytań bez odpowiedzi, tych zdziwień i rozczarowania, bo w pewnym sensie przestajesz tak naprawdę istnieć, stajesz się zawartością, zakodowaną linijką programu, który trwa tutaj od mniemającego początku czasu niczym rzucona przez czarnoksiężnika klątwa. To hipnoza, urojenie. Czy potrafisz wytrzymać ciszę? Brak ruchu? Brak nazwy? Brak mechanizmu samookreślenia? Czy potrafisz stanąć w samym środku tego pokracznego dyrygowanego tańca wbrew wszystkim i wszystkiemu wokół siebie? Czy potrafisz być nagi pośród wystrojonych tłumów, niezręczny pośród tej przemądrzałej zręczności, głupi pośród mądrych, zagubiony pośród tych pewnych drogi? Czy potrafisz się wypisać z ewidencji numerów? Opuścić grę w najmniej spodziewanym momencie? Wrócić do swojego prawdziwego domu? Być tylko lustrem, bez żadnego planu i programu? Tak – Tak. Nie – Nie.

Nie da się zrozumieć życia kiedy jesteś martwy, przebudzenia kiedy wciąż śpisz. Nie da się zrozumieć ciszy, wyjaśnić nurtowi czym jest bezruch. Zagłusza nas ten ciągły hałas, wszechobecna przemoc udziału – zmusza do ciągłej walki, byśmy wciąż byli na tych deficytach, w tej kalkulacji, obliczaniu zysków i strat. Kiedy opuszczamy swoją prawdziwą wewnętrzną ojczyznę, by się tułać po bezdrożach wypalonego świata, który sprzedał już prawie wszystko co dało się sprzedać, te płatne odpusty absurdalnego grzechu, te karykatury kapłanów – bezpańskie psy okrutnego pana, które skomlą swoje bezwartościowe modlitwy i straszą bez końca zaklętych w przerażeniu wyznawców, którzy pełzają w zaprogramowanej pokorze by udobruchać urojonego boga, który będzie ich oceniał jak odpady w sortowni, bo nie są godni by przyszedł do nich jak sami powtarzali podczas kazania – programowania. Z pewnego poziomu wyzwolonego umysłu nasza rzeczywistość wydaje się wręcz groteskowo nierzeczywista, jak głupi i brutalny film pełen niezręcznych i mało śmiesznych smutnych w rzeczy samej opowieści, które udają żarty.

Główni aktorzy tego filmu w istocie przypominają wielkie pancerne owady zaprogramowanego roju, władcy – królowe karmione najlepszymi sokami wydające beznamiętne rozkazy rozmontowania peryferii mrowiska, kolejne igrzyska głodu, wołania o litość i łaskę, które są wysokooktanowym paliwem strachu, pokarmem, zasilaniem, sycącym okrucieństwem, które jest wstrzyknięte w całe nasze medialne otoczenie, w te teledyski, wysoko budżetowe produkcje z fabryki „świętego drewna” magicznej różdżki zaklinania umysłów, w relacje oparte na kalkulacji przystrojonych w te wszystkie slogany, słowa które nic nie kosztują i nic nie znaczą, w tak zwany układ władzy, który jest rotacją tych samych psychopatycznych istot, które udają ludzi, choć są tylko maszynami do obsługi rozkazów i dyrektyw Ignorancji. Żyjemy w momencie, kiedy wszystko to staje się oczywiste, mamy coraz mniej złudzeń. To rozczarowanie jest tym momentem kiedy klątwa traci swoją moc, swój toksyczny wpływ. To nazwane jest Objawieniem. Żyjemy w tym właśnie czasie kiedy prawda staje się obosiecznym mieczem, który jednych zabija drugich uzdrawia. Kiedy nie odwracamy głowy, nie próbujemy uciec, nie szukamy ukojenia w kolejnych snach możemy zobaczyć, usłyszeć, poczuć, dotknąć prawdę o naszym ludzkim świecie, który zrodziło to zaślepienie ta niepoczytalność, ten zatruty owoc egoizmu i bezmyślności.

W obliczu tej prawdy nasz status, stan posiadania, wyobrażenie o sobie, urojone ruchome cele i priorytety są tylko marnym przebraniem, które musimy porzucić tutaj na samym środku tej świątyni, która nie ma ołtarzy, całej tej nadętej sztucznej urojonej świętości, jest ziemia, wiatr, ogień, powietrze i przestrzeń. Musimy być nadzy i bezbronni, pozbawieni całego tego planu, tych wszystkich oczekiwań, całego poczucia bycia wyjątkowym, wybranym, ponieważ wszyscy jesteśmy wybrani bez najmniejszego wyjątku. Kiedy jesteś nagi pozwalasz światu być, rodzi się Troska – Matka, która wyzwala z tej śmiertelnej choroby, chodzisz po wodzie świadomości i nie toniesz, co w istocie nie jest żadnym cudem, po prostu nie masz siły ciążenia. Jesteś przestrzenią, która bez najmniejszego wysiłku wyzwala samą siebie. Mnożysz pokarm, to nic wielkiego bo prawdziwym pokarmem jest mądrość, lekarstwem słowo. Przepędzasz kupców, bo w istocie tego co ma prawdziwą wartość nie sposób kupić. Nie ma świątyni kiedy wszystko jest samo w sobie czyste, nie istnieje żadna specjalna rytualna przestrzeń, bowiem to tylko próżność nic ponad to. Kiedy przychodzi sprawiedliwość świat upada, bo upaść musi wszystko to co jest tylko wymysłem, zimną kalkulacją Mózgogłowia, nie zabierzemy stąd nawet jednego kamienia, żadnej ozdoby, świętego obrazka pocieszenia, nic. Nie zabierzemy stąd słów otuchy, całej tej „wiedzy”, sukcesów, oklasków, gwoździ uwagi, które przybiły nas do krzyża utożsamienia, który nosiliśmy przez całe życie, by odkryć wiadomą od początku prawdę, że to nie miało najmniejszego sensu, bo karmiło tylko chwilową ekstazę, która stała się udręką i brzemieniem. Przywiązanie do obrazu, do formy do czynów, cały ten obraz, który pielęgnujemy z poczuciem wyjątkowości koniec końców trzeba porzucić bez najmniejszego przywiązania. Tego wszystkiego uczy cisza i samotność. Status uchodźcy ze świata warunku. Istnienia, które nie zna granic. Pozwolić wszystkiemu przychodzić i odchodzić, dawać bezwarunkową wolność, która jest esencją miłości.

%d blogerów lubi to: