Wyjechali wszyscy śmieciarze! Z początku nikt nie zwrócił na to uwagi. Miasto było brudne i zapuszczone, więc ludzie sądzili, że śmieciarze dawno odlecieli do Europy. Tymczasem okazało się, że wyjechali dopiero wczoraj. I raptem, nie wiadomo skąd, zaczęły gromadzić się śmieci. Przecież została tylko garstka mieszkańców, którzy w dodatku żyli w takiej apatii i bezwładzie, że nie sposób posądzić ich o wznoszenie śmiecianych gór. A jednak takie góry zaczęły powstawać na ulicach opuszczonego miasta. Pojawiły się na chodnikach, na jezdniach i na placach. W bramach kamienic i na wymarłych targowiskach. Przez niektóre ulice przechodziło się z wielkim trudem i obrzydzeniem. W tym klimacie nadmiar słońca i wilgoci przyspiesza i potęguje rozkład, gnicie i fermentację. Całe miasto zaczęło cuchnąć, kto wchodził z ulicy do hotelu, też przez długi czas cuchnął, inni rozmawiali z nim na odległość. W ogóle ludzie odsunęli się od siebie, mimo że w sytuacji, na jaką byliśmy skazani, powinno być odwrotnie. Dona Cartagina zamykała wszystkie okna, bo zgniłym powietrzem, jakie dochodziło z zewnątrz, nie można było oddychać. Zaczęły zdychać koty. Musiały zatruć się jakimś ścierwem, zbiorowo, bo pewnego ranka wszędzie leżały martwe koty. Po dwóch dniach obrzmiały i zrobiły się pękate jak prosiaki. Kłębiły się nad nimi czarne muchy. Śmierdziało nie do wytrzymania, chodziłem po mieście zatykając chustką nos, oblany potem. Dona Cartagina wznosiła modły antyepidemiczne. Nie było lekarzy, nie pracował żaden szpital ani apteka. Śmieci rosły, mnożyły się, jakby kipiało jakieś monstrualne, wstrętne ciasto, rozdymane na wszystkie strony przez trujące, zabójcze drożdże.

Ryszard Kapuściński „Jeszcze dzień życia”

%d blogerów lubi to: